Relacja z biegu

Łemkowyna Ultra Trail 100km 2018 okiem pierwszej kobiety na mecie

2019-03-23
Łemkowyna Ultra Trail 100km 2018 okiem pierwszej kobiety na mecie
Pobiec setkę. Tak brzmiał pierwszy z tegorocznych celów, spisany w sylwestrowy wieczór. 287 dni później, o pierwszej w nocy stałam na starcie Łemkowyna Ultra 100 km. Mimo stresu, chyba jeszcze nigdy nie miałam tak wielkiej ochoty być już na trasie. 10 dni wcześniej marzenie o 100 km zostało przełożone “do teczki” - do realizacji w przyszłym roku. Jednak szczęśliwym trafem udało mi się zapisać na jedno z dwóch dodanych w ostatniej chwili miejsc na Łemko. Czułam się zupełnie nieprzygotowana. Jeszcze nigdy nie biegałam nocą w górach, nie zdążyłam dobrze przetestować pożyczonej czołówki, nowych butów, a nawet porządnie zapoznać się z trasą. Jednocześnie byłam w pełni przekonana, że jestem w miejscu, w którym chcę być.


W CIEMNĄ NOC


Chwila na miłą rozmowy ze znajomymi, ustawianie zegarka i ruszamy. O dziwo, nawet tempo najszybszych zawodników nie jest zabójcze. Kilkaset metrów asfaltem i skręcamy w góry. Trasa wije się ciągle w górę i w dół, ale w mroku nie czuję prawie w ogóle wysokości. Po niespełna pół godziny nie ma nikogo za mną i przede mną. Samotny bieg w nocy był tym, czego bałam się najbardziej. Z bijącym sercem wyłączam na chwilę czołówkę. Jest zupełnie ciemno, a na niebie świecą setki gwiazd. Zatrzymuję się na chwilę i zapada zupełna cisza, której nigdy nie można doświadczyć w mieście. Co jakiś czas w oddali słychać tylko szczekające psy. Czuję się trochę jak we śnie. Klimat Beskidu Niskiego potrafi rozłożyć na łopatki. Strach miesza się z totalnym wzruszeniem, a może strach jest niezbędną częścią tego uczucia. Biegnę i wiem, że to jedna z tych chwil, w których stajesz się jednym z tym, co robisz, nie ma nic poza tym. Dla tego uczucia wychodzisz na trening, gdy wieje, leje i masz ochotę tylko siedzieć z książką pod kocem.

Start Łemkowyna Ultra Trail 100km


Pierwsze 20 km mija mi w mgnieniu oka. Zaczynam doganiać zawodników z trasy 150 km, którzy wyruszyli godzinę wcześniej. Z daleka pobłyskuje pierwszy punkt żywieniowy w Ropkach. Przypomina mi on uporczywie szopki z bożonarodzeniowych pocztówek. Wokół zupełna pustka i ciemność, a z punktu bije ciepłe światło, gwar rozmów i wyłania się jakby inny świat. Łatwo wpaść w ten lekko usypiający klimat po uszy i zapomnieć na chwilę o czekających kilometrach. To jednak dopiero początek przygody. Piję więc herbatę, uzupełniam napoje i ruszam dalej.


NA TRASIE ŁEMKOWYNA ULTRA TRAIL


Przede mną pojawia się ostre podejście i pierwszy raz wyciągam kijki. Do samego wyjścia na start zastanawiałam się, czy je zabrać. Mam niemal zerowe doświadczenie w ich używaniu i na początku idzie mi opornie. Chowam je na każdym zbiegu, by nie zrobić nikomu krzywdy. Za każdym razem zatrzymuję się, tracąc cenny czas. Złoszczę się na siebie, wiem jednak, że dzięki kijom oszczędzam trochę nogi, które (mam nadzieję) podziękują mi za to na ostatnich kilometrach. Zaczynają się ostre zbiegi, wbrew obawom dające taką samą frajdę jak w ciągu dnia, a może jeszcze większą. Robienie czegoś po raz pierwszy jest uzależniające. Zbiegam i już odrobinę żałuję, że za kilka godzin pierwszy bieg w nocy w górach będzie za mną.

Powoli i nieśmiało zaczyna świtać. Marzyłam o tym wschodzi słońca, w którym Beskid Niski jest jeszcze piękniejszy niż zawsze. Po 5:30 dopada mnie senność. Uświadamiam sobie, że za mną pierwsza noc w życiu, w której nie przespałam ani minuty. Próby złapania chociaż godziny snu przed startem nie wypaliły. Walczę ze zmęczeniem i czarnymi myślami - trudno będzie wytrzymać na trasie jeszcze 10 h. Na szczęście już tylko niespełna 2 km dzielą mnie od punktu w Wołowcu. Trzymam się myśli, że zobaczę tam znajome twarze i zjem ciepłą zupę, co sprawia, że aż chce się przyspieszyć.

Start Łemkowyna Ultra Trail 100km


W Wołowcu gwar. Wszyscy zajadają się rosołem i rozmawiają o pierwszych wrażeniach z trasy. Wymieniam kilka słów z wolontariuszami. Miki odnajduje zajętego gotowaniem zupy Michała, który ma dla mnie kolejny zapas żeli i batonów. (Dzięki, że chciało Ci się przyjechać do NBR, żeby przekazać mi je na trasie!). Jan Nyka robi zdjęcia i już wiem, że będę miała jedną z najpiękniejszych biegowych pamiątek. Ruszam dalej. Ścieżki w lesie robią się wąskie i błotniste i niestety powoli zaczyna robić się tłoczno. Zwalniam i poddaję się tej powolnej wędrówce, myśląc jak wiele godzin na trasie jeszcze mnie czeka. Z perspektywy czasu będę żałować tych wolnych kilometrów.


ZMIANA KLIMATU


Zaczynają się pierwsze małe problemy. Wybrałam za szerokie buty i co jakiś czas zatrzymuję się, żeby zawiązać je na nowo. Kiedy wiążę je za lekko, stopa przemieszcza się mocno w bucie na zbiegach i obijam palce. Gdy wiążę za mocno, doskwiera mi ból w miejscu wiązania sznurówek. Mój żołądek też czuje się coraz gorzej, ale na szczęście obywa się bez większych rewelacji. Pojawia się chwilowa, ale niemal nieodłączna w ultra zmora: “I po co to wszystko, to już ostatni tak długi bieg, nigdy więcej…” Na szczęście nie mam tak wiele czasu na myślenie. Dzwoni Grzegorz i potwierdza, że biegnę pierwsza. Przewaga nie jest zbyt duża, ale powinnam ją utrzymać, jeśli pod drodze nie wydarzy się nic złego. Chwilowo przestaję się więc nad sobą rozczulać i cisnę dalej.

Start Łemkowyna Ultra Trail 100km

Trasa zaczyna się dłużyć. Powoli robi się gorąco, mimo że w nocy temperatura spadała miejscami do 5 stopni. Leniwie rozmyślam nad przeróżnymi sprawami pozostawionymi w domu. Niemal każdy dłuższy bieg potrafi nieziemsko zmęczyć ciało, a jednocześnie zupełnie oczyścić głowę. Dwukrotnie w tym roku byłam tak zmęczona, że czułam, że po prostu muszę pobiec jakieś ultra, żeby odpocząć. Kolejny punkt na Przełęczy Chabowskiej. Cola smakuje nieziemsko. Czuję się jakby był środek lata. Słońce nie daje mi zapomnieć, że nieszczęśliwe mam na sobie długie czarne legginsy i żadnych spodenek do przebrania. 2 lata temu na tej samej trasie biegacze kończyli z DNF [DID NOT FINISH - "nie ukończył biegu" - dop. NBR] z powodu deszczu i zimna. Tym razem nie brak wyczerpanych upałem.

Zdecydowanie mogłoby być trochę zimniej, ale i tak to chyba najpiękniejsza pogoda, w jakiej przyszło mi biec. Czuję się zaskakująco dobrze. Poza pechowym miejscem wiązania sznurówek zupełnie nic mnie nie boli. Powoli jednak zaczynam marzyć o mecie. Brak rywalizacji z innymi dziewczynami, której szczerze nie lubię, bardzo mnie uśpił. Jedną przeszkodą w szybszym biegu zaczyna być walka z własną głową. Na trasie spotykam znajomego Tomka, który biegnie 150 km i jest w znacznie gorszym stanie. Myśli o zejściu z trasy. Postanawia jednak przebiec ze mną odcinek do mojego ostatniego punktu żywieniowego w Chyrowej. Mijamy Sławka, który nie znając mnie wcześniej, poratował mnie dodatkowym paskiem na numer startowy (jeszcze raz dziękuję!).

W pełnym słońcu docieramy do Chyrowej (81. kilometr). Wypijam kolejne kubki coli, powoli zjadam zupę i rozmawiam z Wojtkiem, z którym przyjechałam do Krynicy. Uśmiech Wojtka dodaje mi otuchy na trasie już sama nie wiem którego z kolei biegu. Z perspektywy czasu nie mogę tego pojąć, ale zamiast biec dalej, spokojnie ustawiam się w kolejce do toalety. (Trzy razy szybciej byłoby zrobić siku w lesie!). Czas mija i ostatecznie spędzam na punkcie kolejne 20 minut (!).

Start Łemkowyna Ultra Trail 100km


NIE TAK BLISKA META


Wracam na trasę i widzę wbiegającą na punkt kolejną dziewczynę. Sama nie mogę uwierzyć w swoją głupotę. Przez ślamazarstwo na punkcie żywieniowym straciłam całą przewagę. Włączam telefon, który się wcześniej wyłączył, i widzę, że już jakiś czas temu Grzegorz napisał mi, że moja przewaga nie jest jednak taka duża. Pierwszy raz w życiu spędziłam tyle czasu na punktach odżywczych i prawie oddałam bieg. Pozostaje mi tylko dać z siebie wszystko na ostatnich kilometrach.

Jest upalnie, a podejście na Cergową daje w kość. Zmuszam się do pobiegania. Na najbardziej stromych odcinkach ratują mnie kijki. Kilka razy myślę, że to już koniec podejścia, ale za zakrętem wyłaniają się kolejne metry pod górę. Wiem już, że z ilością wody jest krucho. Coraz bardziej chce mi się pić i w chwili kolejnego przebłysku bezmyślności biorę do buzi owoce, które przypominają jagody. Oczywiście w sekundę okazuje się, że nimi nie są i czuję nieprzyjemne mrowienie w ustach i na języku. Reszki wody wykorzystuję na płukanie ust, ale nawet nie mam sił złościć się na siebie.

Start Łemkowyna Ultra Trail 100km


Na szczęście zaczyna się zbieg. W głowie widzę już metę. Mam ochotę wypić wszystko na raz: colę, wodę, piwo, sok... od razu! Odwracam się co jakiś czas, spoglądając, czy za mną nie ma innej dziewczyny, powoli dochodzi jednak do mnie, że bieg się kończy. Nagle wyłania się jednak jeszcze jedno asfaltowe podejście. Muszę wykrzesać z siebie resztki sił. Już tradycyjnie chce mi się płakać. 100 km za mną. Nadjeżdżają chłopcy z Ultra i zagrzewają do walki na ostatnim kilometrze. Słyszę metę i przyspieszam.

To już jednak koniec. Na szczęście i niestety - pierwsza setka za mną! Okazuje się, że na ostatnim odcinku udało mi się zdobyć 40 minut przewagi nad drugą dziewczyną. Jest wielka radość i małe uczucie niedosytu, że “przespałam” sporą część trasy i mogłam ją przebiec znacznie szybciej. Teraz to jednak nie ma już znaczenia.


SUPLEMENT: MÓJ SPRZĘT NA ŁEMKOWYNA ULTRA TRAIL 100KM



  • PLECAK: Salomon Adv Skin 5 Set - idealny na taką trasę. Lekki, miękki i bardzo wygodny. Rozmieszczenie kieszonek sprawiło, że wszystkie rzeczy miałam zawsze pod ręką i ani razu na trasie nie musiałam ściągać plecaka. Mały minus za trudne wkładanie flasków (podobno przy nowoprodukowanych flaskach tej marki ten problem znika).

  • BUTY: Inov-8 X-Claw 275  - buty ze świetnym, agresywnym bieżnikiem, który radzi sobie z każdym rodzajem błota oraz idealną równowagą między dobrą amortyzacją, a stosunkowo niewielkim ciężarem. Niestety nieodpowiednie dla osób o wąskich stopach (nieodpowiednie dla mnie). Mimo, że dobrze biegło mi się w nich w ubiegłym roku trasę 70 km, w tym roku nie do końca dogadały się z moimi wąskimi stopami. W tym momencie model X-Claw 275 nie jest już dostępny, pojawił się jego następca - X-Talon 260 Ultra, który jest lepiej dopasowany i ma węższą cholewkę.

  • SKARPETY: X-Socks Effektor Running Short - bardzo wygodne skarpety dobrze chroniące przed otarciami. Są dosć grubę, co ważne na ultra, jednocześnie jednak świetnie oddychające. Zupełnie nie czułam, że mam je na stopach i nie miałam żadnych otarć i bąbli.

  • KOSZULKA: stara, sprana, ale nadal ulubiona koszulka, która przynosi mi szczęście.

  • KOSZULKA Z DŁUGIM RĘKAWEM: Brubeck Dry LS13070 długa damska - wybrałam ten model ze względu na lekkość i dobrą ochronę przed wychłodzeniem. Na trasie było bardzo ciepło jak na połowę października, więc koszulka spędziła jednak całe 102 km w plecaku.

  • RĘKAWKI: Compressport Arm Force - moje ulubione rozwiązanie na utrzymanie odpowiedniego komfortu cieplnego przy zmiennej pogodzie. Rękawki pozwalają na szybkie zwinięcie do rozmiaru opasek na nadgarstek, co zrobilam już po 1 km biegu. Moją górną warstwę stanowiła koszulka z krótkim rękawem, rękawki i lekka, rozpinana kurtka. Dzięki takiemu rozwiązaniu nie musiałam ściągać plecaka, gdy zrobiło się cieplej. Latem wybrałabym jeszcze cieńsze rękawki Halfworn.

  • KURTKA: Arcteryx Cita Hoody - bardzo lekka i dobrze oddychająca. Sprawdzona na wielu biegach. Przy zimnej nocy i bardzo ciepłym dniu sprawdziła się idealnie. Na pierwszym odcinku trasy dobrze chroniła przed zmiennej i wilgocią, a po ściągnięciu zajmowała niewiele miejsce w plecaku.

  • CZOŁÓWKA: Petzl Reactik - sprzęt, o który bałam się najbardziej, bo nie przetestowałam go dobrze przed startem. Czołówka sprawdziła się świetnie, zapewniając optymalne oświetlenie podczas 6h biegu w nocy. Nie należy do najlżejszych, ale daleko jej również do ciężkich modeli sprawdzających się na dużo dłuższych i bardziej wymagających biegach.

  • KIJE TREKKINGOWE: Deadly Sins DS7 - po dość trudnych początkach, nauce szybkiego składania i zbiegania z kijami w rękach udało nam się polubić. Kije Deadly Sins są bardzo lekkie i prawie nie czułam ciężaru, gdy były schowane w pasie. Okazały się bardzo pomocne szczególnie na ostatnim, stromym podejściu po około 80 km, gdzie naprawę dodały mi prędkości. Po Łemko moje nogi czuły się wyjątkowo dobrze, być może częściowo jest to też zasługa kijków, które odciążyły mięśnie nóg. Z pewnością kijki były jeszcze bardziej przydatne, gdyby na trasie było więcej błota, tak jak np. przed dwoma laty. Na razie pozostawiam je do używania na dłuższych biegach.

  • PAS BIEGOWY: Arch Max Belt Pro - niepozorne, ale świetne rozwiązanie na przenoszenie i szybkie wkładanie i wykładanie kijków. Wcześniej testowałam już opcję mocowania kijków do plecaka i uważam, że rozwiązanie z pasem jest dużo lepsze i wygodniejsze. Pozwala również na odciążenie pleców. Pas wykorzystuję na wielu treningach, pakując w niego klucze, telefon, żele czy nawet mały soft flask.

ZDJĘCIA: materiały wykorzystane dzięki uprzejmości organizatorów Łemkowyna Ultra Trail. Autorzy kolejnych zdjęć: Pior Dymus / Alexis Berg / Manuel Uribe / Piotr Oleszak / Jan Nyka.

Pokaż więcej wpisów z Marzec 2019
Podziel się swoim komentarzem z innymi
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel